sobota, 17 sierpnia 2013

ANNA I POCAŁUNEK W PARYŻU stephanie perkins



   Moja historia z tą książką rozpoczyna się na YouTubie. Tak, tak właśnie tam. Jako dumna czytelniczka większości powieści dla młodzieży subskrybuję chyba z połowę ludzi, którzy opowiadają tam o książkach. I z ręką na sercu przyznam, że praktycznie każdy z nich posiada na swojej półce ,,Annę i pocałunek w Paryżu’’. I nie dość, że ją posiadają to jeszcze większość z nich wypowiada się o niej pozytywnie! Nieczęsto zdarza się taka zgodność opinii, szczególnie jeżeli większość tych ludzi jest płci żeńskiej ;) dlatego kiedy miałam okazję, zamówiłam ją razem z resztą książek, na które już nie mogłam się doczekać.

   Kiedy już miałam ją tuż przed sobą, zorientowałam się, że takiej książki nie trzymałam przed sobą od dobrych kilku lat. Naprawdę. Kiedy miałam jakieś 13 lat zaczęłam czytać powieści Jane Austen, dlatego w tym okresie wolałam raczej realistyczne książki. A potem, jakieś 2 lata temu natknęłam się na ,,Igrzyska Śmierci’’ i od tej pory stawiam raczej na fantastyczne , młodzieżowe pozycje. Akcja, nieśmiertelni bohaterowie, no wiecie, coś co w normalnym świecie się nie zdarza. No i byłoby dobrze jakby w tle był jeszcze jakiś romantyczny wątek. Ale książka taka jak ta? Realistyczna, o normalnej dziewczynie, w normalnym świecie. Typowo miłosna historia. Powieść tylko o miłości. Żadnego wątku ratowania świata w tle, pokonywania zwariowanego ojca przed zniszczeniem własnej rasy czy walki na śmierć i życie na arenie. Muszę przyznać, że się bałam. Bałam się, że mnie znudzi. A kiedy na okładce przeczytałam ,,Jedna z najlepszych realistycznych powieści o miłości wszechczasów’’ jeszcze bardziej się skrzywiłam. Nastawiłam się negatywnie od samego początku, przyznaję.


    Książka pani Perkins nie zawiodła mnie pod względem stylu. Bardzo szybko i przyjemnie się ją czyta, a do tego w tle jest piękny, romantyczny Paryż. Powieść jest naprawdę bardzo dobrze napisana, a historia dobrze wymyślona i opowiedziana. I mimo że od początku nie byłam pozytywnie nastawiona to po kilku stronach, no cóż… zmieniłam zdanie.  Od pierwszych stron zakochałam się w bohaterach, w Annie, bo jest taka porządnicka i normalna, w Etienne, bo jest słodki i inteligentny, w ironiczny i zabawny sposób, nawet w Joshu, ale to już chyba wyłącznie ze względu na jego zdolności artystyczne. ;) Mimo że strasznie wciągnęłam się w tę opowieść i czekałam na TEN kulminacyjny moment, to kiedy skończyłam poczułam się… niezaspokojona. I wtedy przypomniało mi się zdanie z okładki. Jedna z najlepszych powieści miłosnych wszechczasów… Nie. Dla mnie zdecydowanie nie. Nie płakałam, ale chociaż  śmiałam się jak głupia praktycznie przez całą książkę. A to nie wystarczy abym postawiła tę powieść na miejscu przed ,,Gwiazd naszych wina’’ mojego ukochanego Johna Greena, w kategorii, ,,Najpiękniejsza powieść miłosna’’. Ta może być… no powiedźmy, piata. Ale pan Green to już zupełnie inna historia. Na zupełnie inny post. J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.