poniedziałek, 20 lutego 2017

SZÓSTKA WRON / LEIGH BARDUGO

★★★★★★★☆☆

Jeżeli czytaliście moją recenzję całej trylogii Grisza to wiecie, że moja przygoda z Leigh Bardugo nie zaczęła się dobrze. Jak na moje oczekiwania to można powiedzieć, że zaczęła się nawet koszmarnie. A potem wcale nie było lepiej. Dlatego moje podejście do Szóstki wron było bardzo dwustronne - z jednej strony, skoro wszyscy się zachwycają i nawet moja znajoma osobiście mi poleca (a jej ufam przecież, no halo) to szykowałam się na coś dobrego. Z drugiej moja wizja Leigh Bardugo z Griszy cały czas szeptała mi do ucha, żebym się raczej nie nastawiała, bo wyjdzie tak jak z moją ulubioną Aliną Starkov. Ale muszę przyznać, że moja znajoma miała rację.

No i oczywiście - wracamy do uniwersum Griszów. Nie wiem czy to taka dobra wiadomość, bo niestety ten świat nadal, jak dla mnie, nie jest dostatecznie opisany i rozbudowany. Ale mam świadomość tego, że w Szóstce wron to rozbudowywanie nie jest już tak potrzebne jak było w przypadku przygód Aliny.

Szóstka wron opowiada o tym o czym, krótko mówiąc, najlepiej się czyta w młodzieżówkach fantasy - o grupie wyrzutków, którzy w pewnym sensie są przyjaciółmi i udają się na niezwykle trudną misję. Kiedy ze sobą rozmawiają to przerzucają się ironicznymi uwagami wypowiadanymi najczęściej bez cienia uśmiechu i każdy z nich skrywa jakiś sekret i mroczną lub po prostu trudną przeszłość. Nie powiem, że jestem odporna na takie grupki wybitnych siedemnastolatków. Nie jestem, też lubię o nich czytać, szczególnie w fantastyce. W Szóstce wron miałam jednak problem z wiekiem bohaterów - te siedemnaście lat połączone z tym co umieją, wiedzą, jak się zachowują i, przede wszystkim, jak są opisywani, strasznie mnie raziło. Myślę, że to jest dla mnie największy minus tej opowieści.

Jak już wspominałam nasza grupka sześciu wyrzutków wybiera się na, nie owijając w bawełnę, samobójczą misję. Nie powiem po co, dlaczego i przez kogo, bo ten wątek rozwija się w książce wcale nie tak znowu szybko, nie chcę więc pozbawić Was możliwości przeczytania o tym samodzielnie. 

Tym razem jest lepiej niż w Griszy, bo fabuła jest troszkę bardziej rozbudowana. Mamy też narrację z punktu widzenia różnych bohaterów, ale miałam wrażenie, że książka mogłaby być jednak troszkę krótsza. Lub chociaż jej pierwsza połowa. Mimo to książkę czyta się naprawdę szybko i sama przeczytałam ją praktycznie w jeden dzień (pomimo widma sesji. oj tak).

Mimo że Griszą Leigh Bardugo nie zarobiła u mnie zbyt wielkiego uwielbienia to muszę przyznać jej uczciwie ogromny postęp i rozwój. Gdyby świat z Szóstki wron nie opierał się na świecie z Griszy i ktoś dałby mi tę książkę do przeczytania bez informacji kto jest jej autorem to nigdy nie powiedziałabym, że jest to Leigh Bardugo. Nadal widać lekkie naciągania, małe luki w logice, ale w porównaniu z trylogią Grisza jest ich tak niewiele, że naprawdę ciężko mi było uwierzyć, że to Leigh Bardugo. Przede wszystkim pojawili się bohaterowie, na których losach mi zależy. Ba! Pojawili się nawet tacy, których pokochałam całym swoim małym serduszkiem. I zanim zapytacie czy jest to wysławiany Kaz to nie, nie jest to Kaz, bo jak na razie to uważam, że jest zbyt i za bardzo za nim nie przepadam.

Podsumowując - żałuję, że nie przeczytałam tylko Szóstki wron, bo wtedy miałabym o pani Bardugo dużo lepsze zdanie. Moja znajoma miała rację - ta książka jest dużo lepsza od trylogii i naprawdę wciągająca. Historie bohaterów i sam motyw życia ulicy, na którym wszystko się opiera bardzo mi się spodobał. W tej książce, głównie dzięki cudownej postaci Jespera, można się w końcu pośmiać, a nie tylko wywracać oczami nad Aliną.

Czytaliście Szóstkę wron? Co sądzicie o tej historii? Macie porównanie z trylogią Grisza? Piszcie w komentarzach!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.